Wojna w Białkach


Próba opisania czasu II wojny światowej  we wsi Białki sprawia w dzisiejszej dobie (ponad 70 lat po jej zakończeniu) sporą trudność ze względu na niewielu żyjących świadków tamtych dni. Zamysł jednak próbuję wcielić w czyn, bowiem jak nie dziś, to pewnie nigdy. Moi rozmówcy wojnę przeżywali jako około 10-letnie dzieci. Są w zasadzie świadkami, ale nawet dobra pamięć nie wystarczy, bo oczy dziecka inaczej widzą realne zdarzenia , a umysł inaczej je i odbiera, i interpretuje. W miejscowej szkole nauczyciel historii,  pan Tadeusz Kacprzak, przez wiele lat zbierał informacje dotyczące tego czasu poprzez organizowanie wywiadów uczniów z uczestnikami walki i ich rówieśnikami. Wiedza zdobyta  i zapisana przez uczniów jest również obciążona błędami. Przeprowadzający wywiad nie informują o czasie wywiadu, nie zapisują dosłownie relacji, tylko opracowują  tekst po wywiadzie i go dopiero notują. Ponadto zadają tylko takie pytania, jakie polecił im nauczyciel. Niemniej jednak lepsze to, niż nic. Usłyszane przeze mnie opowieści i te przeczytane w uczniowskich zapiskach uzupełnia wspomniany wyżej pan T. Kacprzak. W ten, pośredni, sposób do wiedzy o czasie wojny w naszej wsi dochodzimy. Nie jest ona wyczerpująca. Nie jest również pewna ze względu na niedoświadczonych zbieraczy. Ale to, że istnieje w zapiskach, właśnie uczniów, ma niezaprzeczalny walor. Wszyscy, których tu przywołam, mogą być dumni, że dzięki nim jakiś „kawałek historii” tego miejsca, tego czasu i czyjegoś życia, został utrwalony.

Poniżej fragment rozdziału pt.”Wojna w Białkach” z przygotowywanej książki o wsi Białki. Takich wywiadów zgromadzono 18.

Wywiad Teresy Chomki (dziś-Otłog) uczennicy klasy VIII (daty brak) z panem Stanisławem Bareją.

Stanisław Bareja, gdy tylko dowiedział się, że wybuchła właśnie wojna, zabił prosiaka, poporcjował i nasolił mięso i zakopał je głęboko w ziemi. Przeżył I wojnę, więc wiedział co to znaczy głód. Wkrótce Niemcy nałożyli na mieszkańców wsi kontygenty. Kto się nie wywiązał szedł na wezwanie do sołtysa, dostał lanie, a zaległe zboża i tak musiał oddać w jeszcze większej ( niż przed karą) ilości. Krowy i świnie były kolczykowane i nie można było zabić ich dla siebie, bez pozwolenia Niemców. W tym czasie sołtysem w Białkach był Truszkowski, który wiedział, kto ma niekolczykowane zwierzęta. On donosił o tym Niemcom. Niemcy wzywali na posterunek gestapo do Siedlec i tam dawali karę bicia, a kontygent i tak zabierali. Z innych wsi zdarzało się, że zabijali opornych rolników.( dalej St. Bareja opisuje los białeckiego sołtysa przedstawiając to wydarzenie w takim samym scenariuszu,  jak wyżej).
W Wólce Wiśniewskiej ukrywało się kilku Żydów. Siedzieli w polu, w brogu ( w stercie słomy lub siana). W nocy przychodzili do wsi i prosili o jedzenie. Gdy kto nie chciał dać,  grozili podpaleniem budynków, ale za jedzenie solidnie płacili, nawet złotem. Z czasem ktoś doniósł do Niemców. Żydzi zostali aresztowani, ale Niemcy we wsi chcieli się dowiedzieć, kto im dawał pożywienie. Zmusili samych Żydów, żeby winnych wskazali i ci to zrobili w obawie przed rozstrzelaniem Tego jednak nie uniknęli. Sami zostali rozstrzelani w pierwszej kolejności, a za nimi mieli ponieść karę mieszkańcy Wólki. Jeden z mieszkańców znał niemiecki i opowiedział, że Żydzi tylko pod groźbą  podpalenia dostawali jedzenie. Niemcy od kary odstąpili. Pan Bareja opowiedział jeszcze epizod z getta w Warszawie. Otóż co tydzień jego sąsiad Chomka jeździł do tego getta, odstawiając konie na rzeź. Był to interes opłacalny, choć niebezpieczny. Za dostarczoną sztukę dostawał dwa razy większą sumę, niż tutaj na targu. Przy wjedzie do getta w bramie stało dwunastu Niemców z bronią. Na placu getta było mnóstwo dzieci. Chodziły na bosaka w tęgi mróz. Krzyczały „male sztiki broid’, co znaczyło „daj kawałek chleba”. Dużo dzieci leżało na ziemi i nie ruszało się. Kiedyś pan Chomka zapytał Niemca, czemu nie dają im jeść. Odpowiedział: „ One i tak zdechną, wcześniej, czy później. Jeśli damy jeść, będą się dłużej męczyć.”
Wyzwolenie Białk według pana Barei miało taki przebieg:
W końcu lipca do wsi zajechał niemiecki czołg. Było w nim dwóch Niemców. Jeden z nich pojechał rowerem w stronę kolei. Wkrótce wrócił i tłumaczył coś koledze pokazując w kierunku Helenowa. Od tej strony zaraz zaczęły nacierać wojska radzieckie. Jeden Niemiec wskoczył do czołgu, a drugi położył się pod płotem u Piekartów. Wojska radzieckie już doszły do przejazdu kolejowego. Zaraz zaczęła się strzelanina. Niemcy czołgiem zaczęli się cofać. Czołg dojechał do Pawlików i  ruszył do przodu nacierając na Rosjan. Po raz drugi Rosjanie natarli i czołg znowu wytyłował.  Całkiem wyjechał ze wsi. Białki były wolne, ale cała niemal wieś stała w ogniu. Paliło się bydło w oborach, psy na uwięzi wyły. Ludzie siedzieli ukryci w piwnicach i ziemiankach. Jeszcze przed wjazdem Rosjan do wsi wybiegły 2 krowy wypuszczone z obory. Niemiecki czołgista natychmiast je zabił. Rosjanie po skończonej strzelaninie te zabite krowy rozprawili i zgotowali część mięsa. To mięso jedli i mieszkańcy. Według pana Barei Rosjanie byli bardziej przyjaźnie nastawieni do ludzi niż Niemcy. Po miesiącu w Mościbrodach został utworzony punkt przydzielania ziemi okolicznym mieszkańcom. Dawali na ten przydział około dwóch hektarów ziemi (1 ha pola i 1 ha łaki) i tylko tym, którzy ziemi mieli mało, a rodzinę liczną. Można było też ziemi dokupić, jeżeli przydział się nie należał. Pan Bareja za 1 ha  dworskiej ziemi zapłacił 9 kwintali (metrów ) żyta.

LEAVE A COMMENT